środa, 18 kwietnia 2012

Deadline, deadline, deadline.....

.... strasznie kocham deadline'y. Każde i wszelkiego rodzaju, o każdej porze roku, dnia i nocy, a w ogóle idealne, kiedy wszystkie się zwalą jednocześnie, a najlepiej na jeden dzień. Praca seminaryjna, esej o globalizacji kultury, jakieś referaty z węgierskiego i ćwiczenia ze szwedzkiego stały się jakoś bardzo intensywne przez ostatni miesiąc. I nie że nie mam kalendarza, oczywiście mam, wszystkie deadliny pięknie w nim zapisane (niektóre ze znaczkiem szubienicy), o wszystkich świadoma, na początku semestru mocne postanowienie systematycznej pracy, a i tak kończy się jak zawsze: hektolitry kawy, nieprzespane noce, przeklinanie na czym świat stoi, narzekania, stress i przyrzeczenia: następnym razem na pewno zacznę wcześniej. A następnym razem bywa jak zawsze.

1 komentarz: